Przejdź do głównej zawartości

Lekcje otwarte - dobrowolny przymus

Lekcje otwarte są cennym doświadczeniem zarówno dla prowadzącego nauczyciela, jak i dla obserwujących. Pod jednym warunkiem, że ci obserwujący zechcą w skupieniu i z uwagą obejrzeć lekcję, którą prowadzi ich koleżanka lub kolega, do której się sumiennie i długo przygotowywał, która jest stresująca i chce jak najlepiej wypaść. Nie wszyscy obserwujący potrafią to uszanować, a o  docenieniu nie ma nawet mowy. Byłam już na paru takich lekcjach i sama jedną prowadziłam jako jedna z pierwszych w mojej szkole. Wiem, jak się czuje nauczyciel, który taką lekcję prowadzi przed swoimi koleżankami, kolegami i dyrekcją. Niestety muszę stwierdzić, że mam w mojej szkole niewychowanych kolegów, w szczególności koleżanki, które nie potrafią zachować się  kulturalnie na lekcjach otwartych. Przeszkadzają nie tylko prowadzącym, ale także uczniom i obserwatorom głośno rozmawiając, plotkując lub wypełniając zaległości w dokumentacji szkolnej.  Zadaję sobie za każdym razem przy okazji takiej lekcji pytanie, czy lekcje otwarte mają więcej plusów czy minusów? Czy  mają sens, gdy zmusza się do uczestnictwa osoby niezainteresowane i jawnie to okazujące? Czy taki nauczyciel obserwujący lekcje drugiego nauczyciela czegoś się nauczy, coś wyniesie z tej lekcji? Jeśli nie chce - z pewnością nie. A sam prowadzący?  Czy będzie miał okazję porozmawiać z obserwatorami, wymienić się refleksjami, zastanowić się nad tym co pokazał, czy wszystko mu wyszło i udało się tak jak zaplanował? Również samo  wypełnianie ankiet ewaluacyjnych oceniających obejrzaną lekcję to farsa. Nikt nie pisze szczerze, nikt nie ma odwagi powiedzieć, co myśli o takich przymusowych lekcjach, nikt też nie napisze, że lekcja była tragedią pod względem metodycznym i merytorycznym. Przecież to kolega/ koleżanka z pracy. Nie wypada źle pisać. Przecież można mu zaszkodzić i będzie miał potem problemy.
Znam takie przypadki, że po lekcji otwartej większość obserwatorów była zszokowana kiepską lekcją, słabą pod względem metodycznym i naszpikowaną błędami merytorycznymi. I jaka była średnia ocena wynikająca z ankiet? 5+. Nic dziwnego, że panuje powszechny pogląd, iż w polskiej oświacie pracują słabi nauczyciele nie mający pojęcia o podstawowych zasad metodyki. Ci słabsi powinni uczyć się od lepszych i bardziej doświadczonych. Skorzystać z okazji podejrzenia lekcji swoich koleżanek i kolegów, zastanowić się nad własnym warsztatem pracy, przemyśleć i przeanalizować swoje metody pracy, wyciągnąć wnioski na przyszłość i wprowadzić ulepszenia do swoich lekcji. Temu właśnie powinny służyć lekcje otwarte.
Brakuje mi omówienia po lekcjach otwartych, komentarza zarówno prowadzącego jak i obserwatorów. Ale żeby miało to sens powinno to być zrobione szczerze, otwarcie i bez osobistych aluzji.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Neurodydaktyka - Sprawozdanie z konferencji

Neurodydaktyka – nowe podejście do nauczania w świetle badań nad mózgiem Jak dziś uczyć, aby nauczyć? – To pytanie stawia sobie wielu świetnych pedagogów i bezradnie rozkłada ręce lub próbuje się po cichu buntować. Niektórzy szukają sposób rozwoju i doskonalą się, biorąc udział w konferencjach. Nie wszystkie konferencje są wartościowe i godne polecenia. Jednakże ta, która odbyła się 3 i 4 czerwca 2011 r. w IV Liceum Ogólnokształcącym i w Regionalnym Ośrodku Doskonalenia Nauczycieli „WOM" w Bielsku-Białej należała do tych wyjątkowych i szczególnie wartościowych. Konferencję poprowadziła dr Marzena Żylińska, wykładowca metodyki i literatury w Nauczycielskim Kolegium Języków Obcych w Toruniu, która przyjechała na zaproszenie doradcy metodycznego Moniki Wisły i konsultantów Beaty Honkisz i Marii Łątki z RODN WOM w Bielsku-Białej. W części wykładowej dr M. Żylińska zwróciła uwagę na szereg nieprawidłowości w nauczaniu uczniów. Skupiła się przede wszystkim na najnowszych badaniach

Bunt nauczycielki

Faktycznie tak to wygląda. Nauczyciele kupują z własnych pieniędzy wiele artykułów biurowych i robią pomoce dydaktyczne. Na zachodzie są w pokojach nauczycielskich regały, szafki, gdzie nauczyciele mają do dyspozycji prawie wszystko. A jak nie mają to składają zamówienie w sekretariacie i jest to uzupełnianie. Wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce? Może zamiast wydawać kolejne grube miliony na kolejną reformę polska szkoła zostałaby dofinansowana i zaopatrzona w podstawowe i niezbędne materiały?! http://www.edulandia.pl/edukacja/1,101865,5716903,Bunt_nauczycielki__chce_uczyc__a_nie_zebrac.html